Na pierwszy rzut oka nie przypomina miejsca, które mogłoby konkurować z Nikiszowcem czy Księżym Młynem. Nie ma tutaj wielkich ceglanych kwartałów, monumentalnych bram ani potężnej fabryki, która od razu przyciąga wzrok. Zabudowa jest bardziej rozproszona. Pomiędzy domami pojawia się zieleń, ulice mają lokalny charakter, a poszczególne budynki łatwo przeoczyć.
Są takie miejsca, w których historię przemysłu można odczytać z komina, bramy fabrycznej albo starej hali. Są też takie, w których przemysł zbudował znacznie więcej: domy, szkołę, sklep, szpital, remizę, drogi, bocznicę kolejową, a nawet przestrzeń do odpoczynku.
Na początku XX wieku przemysł nie potrzebował już tylko ludzi, którzy zejdą pod ziemię, obsłużą maszynę albo staną przy wielkim piecu. Potrzebował także ich czasu, zdrowia i stabilności. Potrzebował rodzin, które pozostaną w pobliżu zakładu, dzieci, które pójdą do miejscowej szkoły, sklepów, w których będzie można kupić żywność, pralni, łaźni, kościoła, a nawet przestrzeni, w której mieszkańcy będą mogli spotkać się poza pracą. Wraz z rozwojem przemysłu powstawała więc potrzeba budowania nie tylko fabryk, kopalń i hut, lecz całych fragmentów miasta.
Stwórz łatwo własną witrynę internetową z Webador